Podróże

La mezquita

W Kordobie podobno deszczy raz na 100 lat, a tu proszę. Leje obficie jak wino z dzbana szczodrego gospodarza. No nic, nie będziemy gnić w hotelu. Tościk z pomidorowym miąszem, posypany aromatycznym jamon, sok z pomarańczy, których tu pod dostatkiem, rosną na ulicach. I kawa, i w drogę.
 
LampkaWina_la-mezquita_2 
Schowaliśmy się przed deszczem w La Mezquita – wielkim meczecie. Prawie tysiąc kolumn, charakterystyczne, pasiaste łuki, złocisty mihrab. Jak się dobrze ustawić pojawiają się niesamowite zwielokrotnienia przestrzenne. Powierzchnia faluje. Panuje przyjemy półmrok. Po chwili jednak coś zaczyna nie-grać.
 
LampkaWina_la-mezquita_3 
Zza bezosobowych przedstawień Allaha wyglądają białe główki aniołków, brodate oblicza wpatrzone w Bóg-wie-co, pełne przestrachu. Geometryczne mozaiki przemalowane tu i ówdzie w jakąś nieznośną figurację. Pod sklepieniem wiszą lampy z krzyżami. O rety..

Ciut historii: w XIII wieku meczet przejęli katolicy. Za zbrodnię przebudowy świątyni odpowiada albo Ferdynand III Święty, albo Alfons X Mądry (jeden mądrzejszy/świętszy od drugiego; obydwaj królowali Kastylią). Generalnie mógłby być to ciekawy eksperyment – wspólne miejsce modlitwy dwóch, momentami bardzo antagonistycznie nastawionych religii. Jednak trudno mi wyabstrahować tak dalece. Mimo wszystko to się nie udało. Mimo wszystko zostaje niesmak. Mam ochotę przeprosić (Bóg-wie-za-co). 
Któryś z cesarzy (Karol I albo V) miał powiedzieć „Zniszczyliście coś, co było jedyne w swoim rodzaju i postawiliście coś, co można zobaczyć wszędzie”. Eh.. (zdjęć z aniołkami nie umieszczam, bo przy próbie sfotografowania pękła mi klisza).

Odpuszczamy zmaganie się z tematem na poważnie i wracamy do zaplanowanej wcześniej zabawy w berka.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *