Przecięliśmy Andaluzję, jak oko brzytwą, jednym długim pociągnięciem. Odpaleniem silnika. Bakiem pełnym wina. Linią brzegową. Śródlądem i górami Sierra Nevada. Kreską na mapie zacisnęliśmy zimie pętlę na szyi. Na mównicę weszło słońce.

Po zimnym prysznicu w Kordobie i mglistym doświadczeniu Baezy i Ubedy, dotarliśmy na Przylądek Kocicy (Cabo de Gata). W ciągnących się tu po horyzont foliowych namiotach hodowane są pomidory – podstawowy składnik miejscowego przysmaku – spaghetti westernów à la Sergio Leone. Od przelanej tu przed kamerą krwi indian i kowbojów ziemia ma kolor świeżej wątróbki (może stąd taka popularność tego miejsca wśród kotowatych..).

Noc poprzedzającą koniec końca spędziliśmy grając w gry planszowe, patrząc na wszystko z odpowiedniego dystansu.

Ulice Grenady pachną granatami, kawiarnie wybuchają różnorodnością, pękają w szwach przepełnione winem, tapasami i tymi hiszpańskimi dysputami o niczym.

Potem miał przyjść koniec świata, potop – więc my w góry. Po Rondzie – mieście na skale, pojechaliśmy do El Chorro, by schronić się w jaskiniowych domach. Po przejściu Drogi Króla i reszcie rytuałów inicjacyjnych (mam nadzieję, że tatuaż, który dałem sobie zrobić w końcu się zmyje..) zostaliśmy zaproszeni do wioski hipisów, którzy od lat zamieszkują tutejsze groty. Noc poprzedzającą koniec końca spędziliśmy grając w gry planszowe, patrząc na wszystko z odpowiedniego dystansu.

W Jerez de la Frontiera przepłynąłem swoim małym kajaczkiem wszystkie rzeki sherry. Od Fino, przez Oloroso po Sweet Sherry.

Następnie w El Puerta Santa Maria przesiadłem się do nieco większego katamaranu, by spłynąć do Kadyksu – miasta pachnącego już Afryką: palmy, papugi na drzewach, drewniane, kolonialne żaluzje…

Sewilla przed świętami zamieniła się w wielką szopkę. Stragany, na których można nabyć wyposażenie domowej makietki z małym Jezuskiem w roli głównej. Od osiołków, króli, królików, marcherwek, po małe nożyczeczki, garneczki, buteleczki, wszystko.. jakby dłużej poszukać to i siebie, takiego małego można by pewnie znaleźć.

Na Wigilię wróciliśmy do Portugalii. Na Algarve. Zamiast dwunastu potraw na naszym stole wiło się kilkanaście odnóży świątecznej, tradycyjnej na Algarve ośmiornicy gotowanej z ziemniakami (lekko na ostro), butla rocznikowego wina i ogień w kominku (drewno eukaliptusowe pachnie cudownie, a korkowe – nie kora – jest twarde jak kamień i pali się całą noc). Pod obrusem garść świeżej trawy cytrynowej. W prezencie dostaliśmy złoty klucz do prywatnej plaży. Dziesięć minut drogi w dół, pośród skalistej flory i fauny reprezentowanej przez małe czarne ptaszki z żółtymi dzióbkami i dzikie świnie, przed naszymi oczyma otwierała się wielka woda. Żółte piaski plaży, ugłaskane falą. Jedynym stworzeniem poza nami i nowo narodzonym dziecięciem był mały, samotny krabik, który z radości na nasz widok podnosił szczypczyki, jakby chciał się do nas przytulać. Drugiego dnia świąt wykąpałem się w ocenie. Za śnieg robiła nam piana morska. Za bałwana – ja.

Święta, święta i po świętach. Nie było okazji pożyczyć sobie wszystkiego. Dobrego więc. Najlepszego. Słonecznego. Niech światło lampki wina oświetla Wam cały (m)rok. Niech nowy rok będzie naprawdę nowy, bo nowe pobudza wyobraźnię. Zapomnijmy o przepowiedniach, koniec świata mamy za sobą (przed wyjazdem, zapobiegawczo wypiłem połowę najlepszych butelek, eh..). W nadchodzącym roku życzę Wam przynajmniej 365 okazji do świętowania. Wasze zdrowie, nasze zdrowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *