Podróże, Popularne

Przypływ

Prawie rok temu przywiozłem sobie kamyk z portugalskiej plaży. Otoczak wypolerowany przez fale – nie lekki, ale nie za ciężki, świetnie leży w dłoni – jak dobre pióro, albo sztuciec. Kiedy myślę nad czymś intensywnie, lubię przekładać go między palcami. W wyniku kilku incydentów – osobistych i zasłyszanych – postanowiłem odwieść go na miejsce. Oto jestem.

Po ponadgodzinnym spacerze po żółtym piasku, położyłem się na dużym, ciepłym kamieniu wsłuchany w rytm fal. Odpłynąłem. Kiedy się obudziłem, zewsząd otaczała mnie woda – przypływ. Do brzegu nie mniej niż 10 metrów. Do wody nie wskoczę – pomyślałem – aparat zamoknie. Szczęśliwie mam butelkę dziesięcioletniego Vinho do Porto i garść suszonych fig – idzie przeżyć jakiś czas. Wiatr gwizdał wesołą melodię.

Właściwie nie wiem ile trwała moja przygoda z prywatną-bezludną-wyspą, ale za sprawą szumu resetującego fale mózgowe, odbyłem ją jakby w półśnie (może to stan konieczny do przeżycia na pełnym morzu..?) – z przymrużonymi oczami, zapatrzony w poziome linie, byłem w stanie wyobrazić sobie wszystko. Fale strojnie zarzucały grzywę na bok, słońce mieniło się w wodzie tysiącem złotych dukatów, a głazy swoimi okrągłymi ślepiami patrzyły na mnie z rozbawianiem. 
fala
 
Po zejściu na ląd, ścisnąłem po raz ostatni ulubiony otoczak i położyłem go na piachu. Możliwe, że kolejny przypływ zabierze go ze sobą – ocean bezkarnie kolekcjonuje trofea.
 
przypływ_00

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *