Don’t worry be Hampi! – krzyczało hasło na koszulce młodego Indusa szorującego płaskim kamieniem wielkie cielsko słonicy Lakshmi kąpiącej się w rzece tuż obok świątyni Virupaksha. A było to tak…

Do Hampi mieliśmy ruszyć nocnym autobusem z Mapusy (Goa) o 18. Ruszyliśmy o 22. Pan organizator pojawiał się i znikał informując nas każdorazowo – 5 minutes, 5 minutes. Takie opóźnienia w Indiach są normą i wyprowadzają z równowagi jedynie początkujących podróżnych, takich jak ja na przykład.

G – zaczął – to Generator, twórca (Brahma).
O – to organizator, ten, który porządkuje (Wishnu).
D – to destruktor (Shiva).

Sam autobus na pierwszy rzut oka wydawał się być w porządku. Sypialnia na kółkach. Dwa piętra łóżek – po jednej stronie dwu-, po przeciwnej jedno-osobowych. Uchyliłem okno, ulokowałem bagaż podręczny, zaciągnąłem kurtynkę – dobrze było położyć się po czterogodzinnym koczowaniu na murku pośrodku ruchliwego skrzyżowania.

Kiedy kierowca odpalił silnik, stało się jasne, że zaśnięcie będzie wyzwaniem. Hałas, jakby silnik był gdzieś w środku, zamiast resorów kawał żelastwa, do tego styl jazdy charakterystyczny dla Indusów (zamiast hamulca – klakson). Na progach zwalniających eksplorowaliśmy stan nieważkości. Byliśmy zmęczeni. Mimo kosmicznych warunków udało się wyrwać kilka godzin snu.

O 8 rano dotarliśmy do Hampi. Przeprawiliśmy się łódką na drugą stronę rzeki, gdzie zaatakowały nas małpy na spół z rikszarzami. Te pierwsze dało się spławić bananami, ci drudzy gustowali raczej w rupiach. Dobiliśmy targu z młodym chłopakiem imieniem Mattu. Miał nas zabrać w wybrane miejsca – świątynie, wykopaliska, wodospady – plan rozłożyliśmy na trzy dni.

Hampi to miasto na pustyni. Wypijaliśmy dziennie 4 litry wody na głowę. Hampi to ziemia święta – obowiązuje tu ścisły zakaz spożywania alkoholu i mięsa. Krajobraz kamienisty, górzysty, poprzecinany zielonymi polami ryżowymi. Wzniesienia usypane przez wulkany z potężnych kamulców, na barkach których przez lata wyrosła niezliczona ilość świątyń hinduskich, zniszczonych w 1565 roku przez najazd konfederacji sułtanów muzułmańskich.

Zwiedzanie obiektów znacznie różni się od tego, co znam z Europy. Tam wszystko ogrodzone, ledwie da się zaglądnąć do środka nie mówiąc o przyjrzeniu się na detalowi. Tu – łazisz, dotykasz, możesz nawet wskoczyć na dach i pohasać z małpami, których tu pod dostatkiem. Z jednym zastrzeżeniem – do obiektów sakralnych wchodzimy bez butów.

W jednej ze świątyń na wzniesieniu, do której wybraliśmy się żeby obejrzeć zachód słońca, bramin zapytał mnie o znaczenie słowa BÓG. Heh – mówię – niełatwe pytanie… G – zaczął – to Generator, twórca (Brahma). O, to organizator, ten, który porządkuje (Wishnu). D to destruktor (Shiva). Podziękowałem za odpowiedź, podałem jointa dalej.

Virupaksha Temple, to jedyna działająca świątynia w Hampi (pozostałe są poza miastem). Wierni przychodzą tu oddać cześć bogom każdego dnia. Maskotką miejsca jest Lakshmi – słonica – wcielenie boga Ganeshy. Za 10 rupi pobłogosławi kładąc trąbę na głowie chętnego. Każdego poranka pomiędzy 8, a 9 słonica bierze kąpiel w pobliskiej rzece, zaraz obok miejsca kultu.

Ostatniego dnia wróciliśmy na tę stronę rzeki, z której wieczorem mieliśmy złapać autobus powrotny. Przed wyjazdem chcieliśmy zobaczyć jeszcze świątynię Hanumana – boga-małpy – na górze Anjanadri. Do świątyni prowadzi 570 białych schodów, co przy upale sięgającym 40°C było wyzwaniem. Ze szczytu dało się słyszeć modlitwę – recytowane wersety brzmiały jak pieśń.

Obok świątyni, w pomieszczeniu „codziennym” bramini właśnie spożywali lunch. Jeden z nich trafił na moje wytrzeszczone z ciekawości gały i zaprosił nas do środka. Usiedliśmy w jednym rzędzie z kapłanami w bieli. Na ziemi. Podano nam stalowy talerz, na którym pojawił się kolejno – łycha ryżu, żółta polewka z warzywami, nieco mango w ostrej paście i 2 podsmażone papryczki chilli – wszystko piekielnie pikantne (żadne tam pitu pitu dla turystów). Jemy palcami. Po posiłku wspólne mycie talerzy, ukłon i uśmiech. Z góry schodziliśmy pokrzepieni i pobłogosławieni.

Po powrocie na Goa (tym samym autobusem…) rozchorowaliśmy się na dobre. 40-stopniowa gorączka, odwodnienie, mdłości. Myślałem, że to koniec. Przyczyną mogły być soki z owoców, do których czasami dolewają wody, albo samosa, którą zjedliśmy w podejrzanym miejscu podczas postoju autobusu.

Leżeliśmy tak trzy dni. Wentylator pod sufitem tyrkotał. Trzeciego dnia na pobliskim drzewie i na dachu naszego domku pojawiło się stado małp – małpy na północy Goa są rzadkością. Może Hanuman wysłał je, by sprawdzić, czy mamy się już dobrze? – a mamy się już dobrze. Pozdrawiam Cię życzliwy Hanumanie!

01

z Mattu – naszym riksha-driverem

02

Właściwie to był nasz widok z patio hotelowego 🙂

04

W tle Virupaksha Temple.

06

Kamienie, kamienie..

07

Co się lampisz?.. monument Lakshimi Narasmiha.

08

W lewo, czy w prawo?..

10

Kamienie, kamienie..

11

Ganesha – krągłe bóstwo z głową słonia.

13

Święte miasto

15

Bogini

17

Stairways to heaven.

23

Namaszczenie

24

Namaszczeni

29

Jestem w raju?

30

Wymacana torba Hanumana.

34

W centrum – kamienna kareta – monolit (całość prócz kół wykuta została z jednego, kamiennego kawałka).

37

Velasquez?

39

Żucie betelu poprawia trawienie, wzmacnia, odkaża przewód pokarmowy. Żucie liścia betelu zabarwia język na czerwono.

44

Kwiat bananowca i świeżutka naręcz owoców.

47

Błogosławieństwo Lakshmi.

50

Słoń spaceruje po świątyni – normalka..

51

Poranna kąpiel Lakshmi.

54

570 schodów do świątyni Hanumana – boga-małpy

55

Widok ze świątyni Hanumana.

56

Tu urodził się Hanuman.

60

A w dół schodziliśmy tak..

62

Pola ryżowe na obrzeżach Hampi.


2 Komentarze/y

  1. Tomek napisał(a):

    Hejka gdzie można kupić takie gacie albo jak się nazywają 😉 Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *