Nie-winnie

Siedem kilometrów

Siedem kilometrów to bardzo przyjemny dystans do przebiegnięcia. Już nie pięć, ale jeszcze nie dziesięć. Trochę się człowiek zmęczy, ale nie na tyle, żeby następnego dnia kuśtykać. Siedem kilometrów od miejsca, gdzie koczuję już trzeci miesiąc jest najbliższy, dobrze zaopatrzony sklepik – jak zabraknie mi czegoś w lodówce, mogę bryknąć z buta (tym bardziej, że trasa prowadzi środkiem lasu).
 
7km_02 

Dostanę tu zarówno podstawowe artykuły spożywcze – chleb, masło, wódkę (półka z winami też wyjątkowo obszerna – naliczyłem 12 pozycji, niemniej nie odważyłem się jeszcze żadnej spróbować), ale i bardziej wymyślne – świeżo-wędzone sielawki, ciepłe jagodzianki, czy domowe kartacze na wynos. Właściciele sklepu to kolejny powód, dla którego lubię tu zaglądać. On – dowcipniś-gawędziarz, Ona – nieco mniej wygadana, ale równie serdeczna. Pomaga im córka – wdała się raczej w mamę.
 
W sezonie sklepik przeżywa oblężenie turystów z okolicznych wiosek. W tym czasie asortyment jest wyjątkowo atrakcyjny. Na półki przybywa lokalnych przysmaków, pojawiają się dziwaczne, mniej lub bardziej przydatne gadżety (np. kowbojskie kapelusze, łapki na muchy, etc.), aranżowany jest kącik prasowy.
 
Przybiegłem tu kilka dni temu bez celu, stoję w kolejce, rozglądam, a tu taka scena: właściciel sklepiku obszernie gestykulując próbuje coś wytłumaczyć zagranicznemu gościowi – pokazuje mu zapalniczkę z wygrawerowaną nazwą miasteczka, mówiąc wielkimi literami – TO, TO! TU, TU! DLA CIEBIE! PREZENT! Uradowany klient wychodzi z zapalniczką w dłoni, ale po chwili wraca. Kładzie na ladzie małe zawiniątko i po angielsku tłumaczy: GOOD STUFF! STRONG! BLESSED! Córka sprzedawcy mówi, że to chyba narkotyki…
 
Ktoś z kolejki szczęśliwie znał angielski (mnie tak ta sytuacja zauroczyła, że się w niej rozpłynąłem i zupełnie zapomniałem języka – angielskiego – w gębie). Przygodny tłumacz przełożył, iż w środku tobołka jest ryż przywieziony z Tybetu, ryż poświęcony przez mnicha – taki błogosławiony amulet. Sklepowy przyjął prezent z półuśmiechem i zaraz schował go pod ladą, a bo to jeszcze proboszcz dopatrzy się jakiś czarów i upomni z ambony.
 
Kiedy doczekałem swojej kolejki, córka sprzedawcy mówi mi, że jest dla mnie paczka (bo sklepik działa także jako punkt odbioru paczek). Zapomniałem, że zamówiłem kilka butelek wina. No i jak ja z tym pobiegnę? Całą powrotną drogę zastanawiałem się nad tym, co Gawędziarz zrobi z tym pakuneczkiem. Górę weźmie ciekawość, czy strach? Wyrzuci, odda? Zachowa, schowa? Ugotuje, zje? Tak skutecznie się zamyśliłem, że nie zauważyłem kiedy przemierzyłem siedem kilometrów z paczką na ramieniu.
 
7km_01 

Korciło mnie nieraz, żeby podpytać w sklepie o ryż, ale ostatecznie odpuściłem. Mam wrażenie, że w tym przypadku puenta zubożyłaby całą historię. Opowiem Wam lepiej o winach, które dostałem w paczce, ale to już przy kolejnej okazji.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *