Bum! Tydzień w Tajlandii za nami. Odespaliśmy 30 godzinną podróż (łącznie 4 loty + przeprawa promem na Koh Lantę), zdążyliśmy przypiec się trochę i przypalić podniebienia na lokalnych straganach (spicy chicken – ogień!). Na dniach przeprowadzamy się w inną cześć wyspy, bliżej dżungli i słoni. Podróżujemy we trójkę – ja, moja żona Ania i nasz 10 miesięczny syn Adaś – tytułowy łosoś.
 

Łosoś, jaki łosoś?

 
Umberto Eco zanotował kiedyś na pudełku zapałek opowiadanie o perypetiach związanych z podróżowaniem z łososiem*, zabawna historia. Bohater, w trakcie wyprawy trafia do hotelu z wielkim kawałkiem wędzonego łososia. Żeby bezpiecznie przechować rybę, wypakowuje wszystkie mini flaszeczki z hotelowej mini lodówki do szuflady i pakuje tam mięso. Idzie na miasto. Wraca, a lodóweczka na powrót pełna buteleczek, ryba na stole. Więc znów opróżnia lodówkę do kolejnej szuflady, żeby zrobić miejsce na swój pakunek. Historia powtarza się kilka razy, a kończy obfitym rachunkiem za wielokrotne opróżnienie mini barku.
 

No to co z tym łososiem?

 
Na potrzeby naszej tajskiej przygody, możemy ochrzcić Adasia Łososiem, bo jest bagażem wymagającym szczególnej uwagi. Na lotnisku Łosoś okazał się być bardzo cennym tobołkiem – nie musieliśmy stać w kolejkach, mieliśmy wszędzie pierwszeństwo wstępu. Na pokładzie samolotu, za sprawą Adama dostaliśmy super wygodne miejsca, plus łóżeczko dla dziecka (po uprzedniej, bezpłatnej rezerwacji). Stewardessy były przemiłe, nosiły Adasia na rękach, robiły sobie z nim zdjęcia (Emirates – polecam!). W samej Tajlandii – podobnie – Tajowie uwielbiają dzieci. W knajpkach, zabierają nam Łososia i noszą go wokół stolików, czasami idą z nim do kuchni, gdzie kucharki szczypią go po nóżkach (telegram do Babć i Dziadków Adasia – nie, w tej kuchni nie zrobią z niego sałatki, no worry!). My w tym czasie delektujemy się tym, co mamy na talerzach.
 

A ten rachunek na koniec?

 
Podróżowanie z małym dzieckiem nie podnosi jakoś specjalnie kosztów wyprawy. Do drugiego roku życia dzieci latają samolotami prawie za darmo. W wynajmowanych chatkach Adaś śpi z nami w łóżku, więc nie ponosimy dodatkowych kosztów. Ryż i owoce – podstawa jego tutejszej diety – są wyjątkowo tanie (miska ryżu kosztuje złotówkę), a niejednokrotnie dostajemy w prezencie kiść mini bananów za jeden uśmiech Łososia.
Natomiast podobnie jak w historii Umberto Eco, alkohol potrafi znacznie wpłynąć na cenę rachunku. Małe piwo na plaży zwykle kosztuje 7-8 zł (tyle co miska Pad Thaia; w Bangkoku podobno można zjeść Pad Thaia za połowę tej ceny – sprawdzimy to za 3 tygodnie), nie wspominając o cenach wina. Ale ja na całe szczęście wina nie piję
 

Adaś podrywa stewardessy w samolocie.

Welcome to Bangkok.

Promem na wyspę.

Nasza chatka.

Jedzenie na ulicy – naleśniki z mango!

Sà-wàt-dee kráp! czyli Witaj!

No i zabrała go do kuchni…

 
*Chodzi o opowiadanie Jak podróżować z łososiem ze zbioru Zapiski na pudełku zapałek.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *