Koh Lanta – wyspa na której mieszkamy – ma zaledwie 30 km długości w najdłuższym odcinku. Przez ostatnie trzy tygodnie przejechaliśmy ją skuterkiem, bądź przemaszerowaliśmy z buta praktycznie całą. Na dzielni mamy już ziomków, na drodze dajemy sobie sygnały klaksonem, a przy okazji zakupów Adaś dostaje zawsze kilka bananów ekstra.
 
Zostawiamy na jeden dzień naszą Koh Lantę i płyniemy na oddaloną o godzinę morskiej drogi, rajską wyspę Koh Rok.
 

Ahoj przygodo!

 
Pobudka o siódmej, szybkie śniadanie i o ósmej taxi zabiera nas nas z naszego bungaloła na wybrzeże, skąd ruszamy w rejs. Zanim kapitan wrzucił na piątkę, po drodze podpynęliśmy jeszcze do kilku plaż, gdzie wsiedli kolejni załoganci – głównie chińscy turyści. (W tym miejscu chcę zaznaczyć, że poniższy tekst nie jest podszyty złymi intencjami. Opisane wypadki są jedynie luźną obserwacją, w znacznej części zresztą zabawną.
 
Chińscy turyści to przedziwni turyści. Nie byłem jeszcze w Chinach, nie znam podłoża ich mentalności. Po pierwsze stój – mieszanka survivalu z kiczem. Wkroczyli na pokład jak jakiś barwny batalion płetwonurków. Odziani w piankowe stroje do kąpieli (kobiece wersje strojów miały mini sukieneczki), z kolorowymi rurkami do nurkowania przypominającymi kształtem falliczne sex zabawki (zagadnąłem o to Anię, miała identyczne skojarzenia). Na szyjach musowo telefon w pokrowcu chroniącym od wody, a na głowach śmieszne daszki, wielkie jak żyrandole.
 

Chińska zupka

 
Nim dopłynęliśmy do Koh Rok, zatrzymaliśmy się na godzinkę snorkelingu. Chińscy turyści zostali dodatkowo zabezpieczeni pomarańczowymi kapokami (jak twierdzi jeden z członków załogi, podobno nieumiejętność pływania to u Nich przypadłość narodowa) – jak nartniki ślizgają się po powierzchni wody – przezabawna sytuacja. Gęsta chińska zupka.
 
Snorkelingowłem po raz pierwszy w życiu i bardzo mi się to podobało. Kolory nieziemskie, fosforyzują, migoczą, odstraszają i przyciągają. Kształty zarówno przyjaźnie obłe, jak i groźnie naostrzone. Ryby bez skrępowania pływają wokół, drapieżne jeżowce przyklejone do skał, wyglądają jak miny wodne. Z każdym zanurzeniem starałem się nabrać więcej powietrza w płuca, ale podwodne obrazy mi ten dech odbierały.
 

Koh Rok.

I wtedy wchodzi Marcello…

 
Samo Koh Rok naprawdę urocze – lazurowa woda, biały, drobny piaseczek, palmy. Ale ilość zaparkowanych motorówek jedna przy drugiej, ilość turystów rysujących serca na piasku i wymachująca selfstickami woła o pomstę do Neptuna. Żeby znaleźć trochę spokoju, musieliśmy odejść kawałek wzdłuż brzegu.
 
Ten nieco tandetny obrazek uratowali Włosi. Leżeliśmy sobie w płytkiej wodzie, a Oni obok po prostu wesoło rozmawiali. Allora, si, andiamo… muzyka dla moich uszu (kiedyś się nauczę tego języka). Nagle znikły motorówki, pojawił się jeden piękny jacht, znikli chińscy turyści w płetwach, pojawili się włoscy w lnianych koszulach. Marcello przyniósł butelkę szampana, Sylvia weszła do wody w sukni, ach dolce vita!
 

Wracamy

 
Po lanczu i dłuższej chwili na Koh Rok, ruszyliśmy w drogę powrotną, zatrzymując się jeszcze raz na nurkowanie. Próbowałem zagadnąć chińskich turystów o to i owo, ale jakoś nie udało mi się przebić chińskiego muru. Chińscy turyści wysiadali z łódki podobni jak na nią wsiadali – bez słowa, z twarzami bez wyrazu. Tajska załoga chyba do tego przywykła, niemniej kiedy przybiliśmy do naszej plaży i na do widzenia ukłoniliśmy się im w tradycyjny tajski sposób (ukłon ze złożonymi rękami jak do modlitwy), uśmiechnęli się do nas szczerze, tak jak to tylko Tajowie potrafią.
 

Witamy na pokładzie!

Chińska zupka.

Przednia zabawa!

Koh Rok – no fajnie jest, fajnie.

God save the Italians!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *