Zawieszony jestem między dniem, a nocą, w jet lag’owym zwidzie, więc tekst leci od myślników:

  • Wróciliśmy. Polska przywitała nas deszczem i wichurą.
  • Przed opuszczeniem Koh Lanty mieliśmy węża w łóżku. Nieduże, może półmetrowe, podobno niegroźne stworzenie schroniło się przed upałem w cieniu naszego bambusowego domku. Właściciel posesji stwierdził, że trzeba go zabić, bo sam nie wyjdzie, ale zaoszczędzę Wam szczegółów.
  • Na Koh Lancie jest akademia muay thai – nie mogłem odmówić sobie treningu. Boks tajski trenowałem krótko dwa lata temu. Krótko, bo na pierwszych sparingach złamałem nadgarstek. Trening w 35 stopniowym upale to nie lada wyzwanie. Skończyło się miałym rzygiem i sinymi piszczelami.
  • Pierwszym przystankiem po Koh Lancie było miasto Krabi. Samo w sobie niezbyt zajmujące, ale dzięki dziennym i nocnym marketom gdzie można super pojeść, miasto ma swój urok. Poza tym 10 km od centrum, na szczycie góry ulokowana jest Tiger Cave Temple – świątynia, do której trzeba się wspiąć po 1237 wysokich i stromych schodach. Na wierzchołku czeka ogromny złoty Budda. Wdrapaliśmy się tam z 10 kilogramowym Adasiem na plecach, przez kolejne dwa dni łydki wołały o pomoc.
  • Z Krabi przelecieliśmy do Bangkoku, zatrzymaliśmy się w Chinatown – w jego wąskich uliczkach można dostać wszystko, można dobrze zjeść za śmieszne pieniądze (miska świeżego Pad tahi’a za 4 zł). Eksplorowaliśmy dzielnicę od rana do wieczora, popłynęliśmy wodnym tramwajem wzdłuż rzeki na drugą stronę miasta, odwiedziliśmy leżącego Buddę w świątyni Wat Pho. Bangkok wymiata, obiecaliśmy sobie, że jeszcze tu wrócimy. Bangkok to temat na oddzielny tekst.


 
No i jesteśmy z powrotem. Pięć pięknych tygodni za nami. Poznaliśmy wielu świetnych ludzi, wygrzaliśmy tyłki, objedliśmy aż nadto ryżem i noddlami. Adasiowi chyba kuchnia tajska służyła, bo wrócił ze dwa kilko cięższy i bogatszy o dwa zęby. Miesiąc postu za mną, prawie już zapomniałem o alergii. Co polecacie na łagodny powrót z winnej banicji? Czym złagodzić zespół nagłej zmiany strefy czasowej? Ktoś coś?
 

Nasze gospodynie na Koh Lancie.

Przed treningiem, w trakcie i po…

Krabi, nocny market, Pad thai kung fu.

Krabi – złoty Budda widziany z daleka.

Wchodzimy i schodzimy…

Shiny gold. Oh, not so shiny…

Budda ma niezły widok.

Bangkok – Chinatown za dnia i nocą.

Przekąski – jakie wino do robaka?

Wat Pho.

Budda na relaksie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *