Nic nie zapowiadało tego, co miało stać się tego dnia późnym popołudniem. Najstarsi ludzie we wsi twierdzą, że nie pamiętają, żeby coś podobnego zdarzyło się w okolicy.
 
To był kolejny parny dzień. Kolejny parny dzień na wsi gdzieś na wschodzie Polski. Przyjechałem tu prawie miesiąc temu i od miesiąca wypatrywaliśmy deszczu, który ostudziłby nieco powietrze, ulżyłby pożółkłym trawom na polach i ściółce w lasach. Nic nie zapowiadało, że deszcz spadnie właśnie dziś. Po południu dość niespodziewanie podniósł się wiatr zwiastujący nadejście chmur burzowych. Szybko przybierał na sile, co zapędziło ludzi do domostw. Niebo pociemniało, krople zaczęły bębnić o dachy.

 
 

Jeden z gospodarzy mieszkający niedaleko jeziora opowiadał potem, że widział z okna jak część bajora zrobiła się momentalnie czarna, jakby ktoś nalał do niego atramentu. Na przeciwnym brzegu woda zagotowała się i spieniła na biało. Oba fronty ruszyły na siebie, a kiedy się spotkały, wodny lej podniósł się na kilka metrów tworząc mokrą kolumnę podtrzymująca niebo przed zwalaniem się nam na głowy. Całe zdarzenie trwało może 15 minut – bez błyskawic, żadnych grzmotów – po czym wiatr ucichł, a zaraz po nim ustał deszcz. Ludzie powyłazili z domów. Ja też wylazłem.

 
 

Szkwał miotał wszystkim, co zdołał podnieść jak Anita Włodarczyk młotem. A tego czego nie był w stanie ruszyć, łamał i przewracał. Dachy w kilku gospodarstwach leżały na ziemi. Połamane gałęzie i drzewa pozrywały kable energetyczne, prąd zgasł w całej okolicy. Jedna z powalonych sosen spadła na maskę mojego auta (blachy całe, szyby całe, jedno lusterko urwało).

 
 

Przez kolejne dwa dni deszcz uniemożliwiał sprawne usuwanie skutków wichury. Dwa dni bez prądu, w efekcie czego dwa dni bez wody (w większości gospodarstw zamontowane są elektryczne pompy w studniach głębinowych). Do celów sanitarnych użyliśmy deszczówki, ale problem stanowiła woda pitna. Musieliśmy się ratować zapasem wina. Na wymuszonym przez brak elektryczności urlopie poranną kawę zastąpiła szklaneczka wina, na obiad – zupa na winie, a wieczorem – kąpiel w winie… w ten oto sposób dwa dni wieś spędziła na bani.
 
Dopiero trzeciego dnia, na lekkim rauszu zabraliśmy się za porządki.
 

 
 

Dwie butelki w sposób szczególny rozświetliły mi te pochmurne dni – były to nowe roczniki Chardonnay i Seyval Blanc z Winnicy Turnau.
 
Winem Winnica Turnau Chardonnay 2016 można się napić i najeść. Soczyste nuty owoców z polskich sadów – jabłko i gruszka – podkreślają świeżość wina. Dojrzewanie w beczce nadało mu natomiast maślanej mięsistości. Lekko prażona nuta chałwy w końcówce sprawiła, że oblizywałem się długo jeszcze po opróżnieniu butelki.
 
Winnica Turnau Seyval Blanc 2016 to wino półwytrawne (podobnie jak rocznik 2015; 2014 był półsłodki). Pan Tomasz Kasicki z Winnicy Turnau twierdzi, że Seyval Blanc to polskie Chardonnay – elastyczny szczep dający możliwość stworzenia win o różnym stylu – aktualny rocznik zdaje się to potwierdzać. Z jednej strony lekko wyczuwalny bąbelek sprawia, że wino ma mineralną chrupkość, z drugiej zaś brzoskwiniowa słodycz dodaje winu wagi. Wino harmonijne i pełne.
 

 
Jeżeli ta historia miałaby mieć jakiś morał, to napisałbym, żebyście pamiętali o odpowiednim zapasie wina, zwłaszcza latem, kiedy wyładowania atmosferyczne zdarzają się częściej. Na zdrowie!
 
 

Wina do degustacji podesłała Winnica Turnau.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *