Kupiłem kiedyś na pchlim targu kilka numerów nieistniejącego już pisma dla panów Pan. Za bezcen. Był to ilustrowany magazyn o lekkim zabarwieniu erotycznym. Z informacjami ze świata mody, motoryzacji, trochę o majsterkowaniu, plus plakat gołej baby (takie plakaty pamiętam z osiedlowego zakładu wulkanizacyjnego, gdzie przychodziliśmy z chłopakami dopompować piłkę przed meczem).
 
Przeglądanie tych datowanych na lata osiemdziesiąte egzemplarzy jest jak podróż w czasie. Weźmy na przykład nowinki ze świata technologii, które aktualnie można odstawić na półkę w muzeum. Piszą np. o wyjątkowej trwałości dyskietek elastycznych do komputerów osobistych pokrytych cienką warstwą teflonu.
 
Ale moim ulubionym działem jest Plototeka – krótkie, zwięzłe historie o wszystkim i zewsząd. I aktorze narzekającym na to, że dostaje ciągle role wariatów, i o 50 rocznicy pierwszej prasowej informacji o UFO, trafiłem też na anegdotę, w której pojawia się wino.
 
Otóż pewna, francuska firma produkująca eleganckie obuwie męskie, upatrzyła sobie modela w paryskim kloszardzie, okupującym na co dzień ławeczkę pod kościołem St. Germain. Zadanie kloszarda polegało na siedzeniu na ławce i piciu wina. Z tą różnicą, że na stopach miał ubrane gustowne mokasyny… Zostawiamy na boku analizę przekazu reklamy, lecimy dalej z fabułą.
 

 
W rozmowach na planie zdjęciowym model przechwalał się, że potrafi wypić siedem litrów wina dziennie. Gaża jaką miał zarobić to 1000 franków (plus reklamowane buty), co spokojnie wystarczyłoby na miesięczny zapas sikacza. Niemniej nowe buty zaprowadziły naszego kloszarda do winoteki, gdzie za połowę zarobków nabył 2 butelki odświętnego burgunda. Od tego czasu nazywany jest przez kumpli Panem Kloszardem, ewentualnie Sommelierem (jego popisowy numer to otwieranie wina butem).
 
Historie w Plotoece rzadko kończą się puentą.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *