Wyjazd w dziewięć osób rozklekotanym Lublinem do Grecji był wyprawą, która miała duże szanse się nie udać. A jednak się udała. Greccy bogowie przychylnym okiem spoglądali na nas z Olimpu, aż do momentu, gdy zamierzaliśmy stanąć przed ich obliczem w krótkich spodenkach…
 
Zanim dotarliśmy do Grecji, na ukraińskich, dziurawych drogach pękła nam miska olejowa (nie pamiętam jak naprawiliśmy). W Rumunii stargowaliśmy z policją duży mandat za przejechanie na czerwonym świetle do dwóch opakowań suwalskiej kawy Sido. A na granicy z Bułgarią musieliśmy przepłynąć autem przez brudną kałużę, która rzekomo miała zdezyndekować samochód, w rzeczywistości strasznie go brudząc (przez dziury w podwoziu woda wlała nam się do środka).
 
Grecja nie szczędziła nam doświadczeń. Po incydencie ze zdobywaniem sprawności pływako-wspinacza ruszyliśmy w stronę Olimpu, na którego szczytach mieliśmy zamiar przybić piątkę greckim bóstwom.
 

Na szczytach Olimpu

 

 
U podnóży Olimpu pogoda była wakacyjna. Jak Janusze wspinaczki ruszyliśmy w górę w krótkich spodenkach i sandałach. Jednak wraz z wysokością temperatura zaczęła zauważalnie spadać. Dość szybko okazało się, że to nie będzie niedzielny spacerek. Po godzinie pod naszymi nogami zaczął chrzęścić śnieg…
 
Uparcie cisnęliśmy przed siebie. Z każdą minutą przybywało jednak wątpliwości spotęgowanych odmrożonymi stopami. W końcu postanowiliśmy zawrócić rzucając w stronę szczytu kilka pozdrowień dla Zeusa. W dół ruszyliśmy biegiem.
 
Na dole spotkaliśmy starego przewodnika górskiego, który zaalarmowany, że jakaś grupa szaleńców ruszyła na szlak w sandałach, szykował się do akcji ratunkowej. Zaprosił nas do swojej bazy – małego, uroczego domku – w którym na grecki sposób zaparzył nam przepyszną kawę. Czarną, słodką, gotowaną na ogniu.
 

Po kawie czas na wino

 

 
Alpha Estate Xinomavro 2011 – pierwsza myśl po obejrzeniu i powąchaniu kieliszka: to wino ma 7 lat? Kolor wciąż świeży, nos owocowy, z lekko tytoniową nutą. Na podniebieniu żywiołowe, z wyraźną kwasowością i wysoką taniną. Sporo tu wiśni, jeżyny, na finiszu goryczkowa nuta wydłuża wrażenie. Zgrabnie wtopione 14% alkoholu rozgrzewa jak kawa od naszego greckiego wybawiciela.
 

 
Alpha Estate S.M.X. 2012 – ciemne wino o barwie, przypominającem mi kolor kamienia w moim sygnecie. W nosie aromaty wiśni i ziół, owinięte są akcentem wypracowanego rzemienia. W ustach pojawiają się jeżyny, podszycie leśne, torf, nieco nut balsamicznych. Miękkie i zbalansowane. Ciężkie i solidne.
 

 
Jak wspomniałem w pierwszej części tekstu o Grecji, piętnaście lat temu moje doświadczenia winiarskie w dużym uogólnieniu sprowadzały się do oceny – trzepie/nie trzepie. Trochę greckiego wina podczas wyprawy wypiliśmy, niemniej żadne z nich nie zapadły mi w pamięć na dużej. Inaczej ma się sprawa w temacie wina z Alpha Estate – białych opisanych wcześniej i degustowanych dziś czerwonych – każda z butelek jest wyjątkowa. Nad kieliszkiem wina rozmarzyłem się o odbyciu podobnej wyprawy jeszcze raz. Tym samym szlakiem, tą samą ekipą, tylko może innym autem. Ania, Jola, Ela, Kasia, Karolina, Krzychu, Paweł, Marcyś – co Wy na to?
 

Wina do degustacji podesłał Amazis.net – quality food&drinks.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *