Zapytałem kiedyś kolegę w pociągu, czy mogę rzucić okiem na książkę, która leży na jego stoliku. Były to Kroniki wina Marka Bieńczyka. Zainteresowanie winem dopiero we mnie kiełkowało, Kroniki okazały się ważnym kierunkowskazem w tej podróży (łał! – pomyślałem – to tak można pisać o winie?!). Na trasie Warszawa-Poznań pochłonąłem książkę w całości. Dziś, kilkanaście lat po tym zdarzeniu, mam ogromną przyjemność podzielić się z Wami krótką rozmową z Panem Markiem, na temat wina, praktyki pisarskiej i zamiłowania do sportu. Zapraszam.
 

Na początek chciałbym zaproponować Panu kieliszek wina, ale czuję się nieco onieśmielony… Czy często zdarzają się Panu sytuacje, kiedy zostaje Pan poczęstowany winem, które nie bardzo trafia w Pański gust? Wypija Pan z grzeczności, czy raczej wylewa ukradkiem do doniczki?

 
Tak, nie ma co ukrywać, to zdarza się nadzwyczaj często. Niemal zawsze wówczas, gdy nie jest to spotkanie z kumplami od wina. Co robię wówczas? No, lawiruję, zdarzyło mi się niejeden kwiat podlać, albo trawnik z wysokości balkonu. Albo ledwie moczę usta, przesuwam się gdzieś dalej, odstawiam kieliszek na parapet. Na dużych imprezach nie ma z tym większego problemu. Gorzej, gdy spotkanie toczy się przy stole w parę osób. Wówczas na ogół piję tak wolno, żeby już drugiego kieliszka nie dostać, i w razie czego, gdy gospodarz naciska, mówię o jakiejś gigantycznej degustacji, która odbyłem w przeddzień. Ogólnie rzecz biorąc, nie wynika to z nadmiernego snobizmu, po prostu nie lubię pobierać alkoholu, jeśli mi nie smakuje. Jakiegokolwiek.
 

Pewien artysta malarz opowiadał mi, że w czasach kiedy palił papierosy trzymał w swojej pracowni dwie paczki papierosów – Sporty i Carmeny. Kiedy był zadowolony z rezultatów swojej pracy twórczej, nagradzał się Carmenem, kiedy było przeciwnie – chłostał się Sportami. Czy ma Pan w swoim procesie pisarskim podobny system nagród i kar?

 
Nie, nie chłoszczę się. W pewnym sensie mogę powiedzieć, że to ciało za mnie decyduje. Jeśli mi nie idzie, w ciele nie budzi się ochota na kieliszek. Tak jestem zbudowany. Ciało się leni, chce położyć, nie ma ochoty na cokolwiek. A kiedy idzie, zwłaszcza kiedy idzie pisanie, rodzi się chęć na dobre wino. Czuje, że jestem lżejszy, daleki od snu. Ciało mogłoby tańczyć i chętnie się napije.
 

Przyznał mi się Pan kiedyś w rozmowie, że nie pisze po godzinie trzynastej. Czy narzuca Pan sobie podobne ograniczenia w stosunku do wina? Czy właściwie każda pora jest dobra na lampkę wina?

 
Tak, jasne, każda pora jest dobra. Wielokrotnie się przekonałem, że wino najlepiej smakuje o dwunastej, w tych okolicach. Pod warunkiem, że nie mamy niczego do roboty, jesteśmy w miłym towarzystwie i w miłym miejscu. Albo nawet sami, ale niczego nie mamy na głowie. Ponieważ jednak niemal zawsze mam coś na głowie, marnuję najlepszą porę dnia do picia wina.
 

Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

 

W wywiadzie dla Instytutu Książki zapytany o tagi egzystencjalne określające Pańską wyobraźnię wymienił Pan m. in. wspólnotę ale też samotność. Czy wino jest dla Pana częściej okazją do spotkania w szerszym gronie, czy raczej pretekstem do cichej zadumy, czy nawet nieobecności, o której Pan także wspomina?

 
Od zawsze głoszę wspólnotowe picie. W samotności wino raczej nie smakuje, chyba że jesteśmy w jakimś stanie radykalnym: radykalnej melancholii czy radykalnej euforii. Albo, że tak powiem, smakuje normalnie, lecz nie nadzwyczajnie. Aby było nadzwyczajnie, musza być inni, bo smak wina wyrabia się interpersonalnie. Dlatego, jeśli akurat piję coś sam, wysyłam SMS do przyjaciół, a oni też mi przesyłają.
 

Na koniec pytanie około-sportowe. Wracając do procesu twórczego zamierzam zapytać, o ten specyficzny rodzaj wyzwolenia, jakie doznaje rozgrzane ciało zmęczone wysiłkiem sportowym (który obrazował Pan w wywiadzie dla Dwutygodnika), to „puszczenie hamulców” pozwalające smakować wino głębiej i mocniej – czy często wykorzystuje Pan dobroczynny wpływ aktywności fizycznej na aktywność pisarską? A może jest to stałą częścią Pańskiego rytuału twórczego?

 
Tak, tak się dzieje, niestety działam sinusoidalnie, słabo utrzymuje się w rejestrze równym, ciało, o którym tyle Panu mówię, szybko gnuśnieje, i potrzebuję je pobudzać ruchem, dawać mu werwę. Sport jest do tego najlepszy, właściwie codziennie bym coś robił, grał w pingla przede wszystkim, bo to mój sport ulubiony, No ale kręgosłup codziennie grać nie pozwala. Kiedy nie gram, od razu idzie gorzej przy komputerze. Dzień idealny to kawa i pisanie do popołudnia, a później sport, wieczorem burgund z paru przyjaciółmi. Perspektywa spotkania przy winie – ale w małym gronie tylko, też daje energię do pisania, no i kręgosłup mniej cierpi, wiec w tym sensie opróżnienie flaszki Chambolle-Musigny z Krzysztofem* też zaliczam od biedy do sportu – to nie dowcip bynajmniej, za każdym razem chodzi o coś radosnego i energetycznego.
 

Dziękuję za rozmowę.

 
*Mowa o Krzysztofie Dobryłko.
 

Jeden komentarz

  1. TomaSz napisał(a):

    Wywiad krótki, ale zwięzły i oczywiście na temat. Passus z dzieleniem się wrażeniami z kolegami via sms – wyborny i jakże dobrze znany z autopsji 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *