Dziś opowiem Wam o winie, które spędziło pod korkiem ponad pół wieku i o tym, co oprócz wina znalazłem w butelce. Historia zawiera sceny drastyczne, czytacie na własną odpowiedzialność.

 

Dawno, dawno temu, w małej wsi na skraju puszczy żył sobie dziad z babą. Ona tęga i silna, on zasuszony z charakterystycznie długim nosem. Dziad trudnił się głównie kłusownictwem. Mimo swojej wątłej postury potrafił upolować w lesie zwierzynę znacznie od niego większą, a z sieci na rzece wyciągał najokazalsze sztuki. Małżeństwo spoczęło już w ziemi, legendy żyją nadal.

 

Ludzie opowiadają jak któregoś razu przyuważył dziad łosia, który próbował przepłynąć rzekę wpław. A że była zima, i brzeg zaostrzony był lodem, zwierz nie potrafił wygramolić się na ląd. Podpłyną dziad doń łodzią i zdzielił łosia siekierą między łopaty. Łup oskórował, poćwiartował, porządnie osolił i ukrył mięso przed strażą porządku w beczkach zatopionych w przybrzeżnej trzcinie. Jedzenia starczyło do wiosny.

 

Innym razem, też zimą, wracał z wieczornego nastawiania pułapek w lesie. Za pasem miał dwie butelki wina, które dostał od sołtysa za skórkę zająca, a o które baba darłaby mu koty. Schował więc je w zaspie śniegu koło domu. Sąsiad przypadkiem jedną z tych butelek znalazł, puka więc do dziada i pyta – chupniem? A pewnie, że chlupniem. Dziad mówi, dobre twoje, moje dobre i poczłapał do zaspy po flaszkę, a tam jedna dziura pusta. Skojarzył fakty, wrócił, sąsiada siekierą w łeb zdzielił. Sąsiad przeżył, ale blizna na na pamiątkę została.

 

 
Chlupniem?
 

Wino, które ostatnio otworzyłem to Cordier Bordeaux Blanc 1966 i gdyby to była ta druga flaszka, którą dziad schował w zaspie, historia ładnie by się nam zamknęła. Obawiam się jednak, że poza tym, iż rocznik mógłby się zgadzać, to dziad gustował raczej w słodszych trunkach i bardziej owocowych.

 

Co więc łączy historię dziada z butelką z 1966? Ano podobnie jak mięso z łosia przetrwało zimę w beczkach zatopionych w rzece, tak jakimś cudem w złocistym trunku z Bordeaux przez ponad pięćdziesiąt lat uchowała się zamknięta… mucha owocowa. Nie żartuję! Przed otwarciem wypatrzyłem w butelce dobrze zakonserwowany egzemplarz Drosophila melanogaster!

 
Pasażer na gapę
 

Pierwsza myśl – wleciała w między czasie – ale korek szczelnie owinięty był aluminiowym kapturkiem. Dla małej muszki to jak żelazna brama, bez szans na sforsowanie. Musiała zostać zabutelkowana wraz z winem. Jak pasażer na gapę dotarła z Bordeaux do małej, polskiej wsi na końcu świata, zahibernowana przemierzyła pięćdziesięcioletnią wieczność.

 

Moje wino jest jak bursztyn z zatopionym owadem. Pierwszy nos pachnie miodem, łupinami orzechów włoskich i kandyzowanymi owocami. Drugi nos odsłania bukiet zasuszonych, polnych kwiatów. Usta wypełnia gładka, lecz zaskakująco wymowna kwasowość. Pojawia się kwiat rumianku, woń wiejskiego świronku, w którym baba trzymała różne zioła i aromatyczne susze. Owoc jest raczej już wspomnieniem, niemniej wino wciąż ma swoją harmonię. Końcówkę utwardza nuta świeczki z pszczelego wosku.

 

Dla muszki i wina podróż dobiegła końca. Wino spoczęło w moich trzewiach, mucha na brzegu kielicha. Niech legenda żyje dalej. Siekiera. Ciach!

 
Wino do degustacji udostępniło winowprezencie.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *