O winie

Zapuszczam korzenie

Wrastam w wieś, zapuszczam korzenie w małą społeczność. Jak jabłonka, którą posadziłem na wiosnę. Wypuszczam pierwsze listki, cieszę się słońcem, razem z sąsiadami wypatruję deszczu. Rzucam mały cień, w którym czasami odpoczywa któryś z psich powsinóg.

 

Na blacie wiejskiego sklepu leży odręcznie wypisana kartka. Starannie wycięta z zeszytu w kratkę, napisana kształtnym pismem, podpisana przez nowo wybraną Sołtysową. To zaproszenie na obrady wsi. No jak mogłem nie pójść…?

 

Zebranie miało się odbyć w wiejskiej świetlicy – budynku, w którym kiedyś była szkoła. Szkoła, w której uczyła się większość dorosłych mieszkańców wsi. Aktualnie świetlica służy jako miejsce spotkań przy okazji ważnych wydarzeń, lokal wyborczy i niedzielna kaplica. Idę. Pod szkołą stoi już sporo osób. Utarło się tu, że dłoń na przywitanie podaje się tylko mężczyznom, mimo to wyciągam rękę do wszystkich. Widać, że panie nie przywykły do tego, bo ich uściski są miękkie i prędkie.

 
Nasza wiejska świetlica

Sołtysowa wszystkich wita i podaje listę obecności do podpisania. Zebrało się ze trzydzieści osób. Pofatygował się nawet Wójt gminy. Porządek obrad jest następujący: Sołtysowa przedstawia tematy do omówienia, następnie Wójt tematy rozwija, mówi na co stać gminę w tym roku, a na co nie stać. Na co trzeba będzie poczekać, a co można zrobić własnymi siłami już teraz. Mieszkańcy komentują na bieżąco, luźno, bez roszczeń. Czuć wolę działania i zrozumienie.

 

Na koniec obrad ustalamy, że najpilniejsza jest sprawa wiejskiej plaży. Bo wakacje się właśnie zaczęły. Trzeba wykosić trawę, wyrwać korzenie po zeszłorocznej wycince drzew, wyrównać teren, przywieźć drobnego piasku, zbudować ławeczki i oznaczyć miejsce na ognisko. Dodatkowo postawić kilka znaków informujących o strefie ciszy i zakazie wjazdu samochodem na plażę. Wieś skrzykuje się na następny dzień. W piątek na plażę wjeżdża ciężki sprzęt – ciągniki, kosiarki, etc. – wszystko prywatne, plus leśnictwo coś tam wypożyczyło. W sobotę w ruch poszły grabie, szpadle, siekiery i młoty – plaża wyczyszczona, infrastruktura zbudowana. Wieczorem ognisko.

 

 

Abstrahując od szeregu problemów, jakie niesie ze sobą mieszkanie z dala od miasta, takie zapomniane, małe społeczności mają sporo uroku i bycie jej częścią daje dużo satysfakcji. Wiele spraw, które w mieście załatwiłyby za nas odpowiednie instytucje, tutaj ludzie ogarniają we własnym zakresie. Wspólnie. A wspólna praca i wspólne biesiadowanie mają dużą moc spajania. Wszyscy mówią do siebie po imieniu (bądź przezwisku, jakim ochrzciła go wieś – te nadawane przez wieś przezwiska to temat na oddzielny tekst, historie, które się za nimi kryją są przezabawne) – jak w rodzinie. Do pracy wszyscy przyszli ze swoim sprzętem i narzędziami. Na ognicho – z butelkami i kiełbasą.

 
Jabłonka i wino

Zabrałem ze sobą wino, które dostałem od mojego znajomego Derricka Nelemana . Wino bezpośrednie jak bezpośredni potrafią być tutejsi mieszkańcy. Just fucking good wine 2017 – wino organiczne, szczere i szczodre. Pachnie czernią – jeżyną, dojrzałą czereśnią i słodyczą lukrecji. W ustach jest pełne i mięsiste. Trzyma się podniebienia jak silna dłoń szpadla. Jest mocarne – 14,5% alkoholu – ale soczystość owocu skutecznie to równoważy. W końcówce dostajemy porządnego gryza gorzkiej czekolady. Bez zbędnego gadania, po prostu pyszne wino.

 

 

Ognisko dogasa, butelka jest już pusta. Jabłonka zapuszcza korzenie coraz głębiej, rano rzuci cień większy niż dnia poprzedniego. W tym roku raczej nie wyda owoców, ale w przyszłym roku być może będzie okazja, żeby zaprosić sąsiadów na szarlotkę.

 
Przeczytaj więcej o Derricku Nelemanie i jego organicznym punkcie widzenia!
  Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *