Dzisiejszą lampkę wina wypiję z jedną z najbarwniejszych postaci polskiej sceny winiarskiej – Kuba Janicki – emerytowany bloger (awansował do rangi dziennikarza), adwokat tego, co lokalne i naturalne, entuzjasta ciekawych oprawek do okularów (popatrzcie na zdjęcia 🤓👍).

 

Cześć Kuba. Słyszałeś już od kogoś, że wyglądasz jak Keanu Reeves? I podobnie jak Neo z Matrixa zdajesz się mieć misję ocalenia prawdziwego świata, wraz jego organicznymi winami i lokalnymi smakami. Zawsze tak miałeś, czy to powołanie w Tobie ewoluowało?

 

Jeeeezu, myślałem, że już nigdy nikt nie zapyta! Owszem, kiedyś w paryskim klubie Kong wypiliśmy z moim bratem przy barze bardzo dużo szampana. Poczułem w pewnym momencie, że ktoś delikatnie stuka mnie w ramię – okazało się, że to sympatyczny młody Azjata, który koniecznie chce autograf. Niestety, nie mój, tylko Keanu. Więc niech będzie, od biedy mogę robić za Neo win naturalnych, choć oczywiście w głębi serca wolałbym, żeby to Keanu był nazywany Kubą Janickim Hollywood.
A tak poważnie, to winem i jedzeniem zacząłem się interesować gdzieś w wieku 25 lat, czyli z dekadę i pół temu. Bardzo szybko zafascynowały mnie ruch Slow Food i świat win naturalnych – oba wtedy bardzo niszowe. Na to, co w obu dziedzinach dzieje się dzisiaj, patrzę rzecz jasna z nieukrywaną satysfakcją, trochę z takim hipsterskim poczuciem wyższości, że ja się tym jarałem before it was cool, a trochę z rodzajem irracjonalnego, ale bardzo ludzkiego żalu, że zjawiska, które były malutkie i których czuło się jakoś istotną tam – choćby przez zasiedzenie – częścią, rozrastają się tak, że niegdysiejsza środowiskowa rekognicja to za mało, by pozostać w obiegu. No, ale to także motywuje. Do czego? Patrz dalej 🙂

 
Kuba i wina naturalne
 

Twój blog – Kontretykieta – zakończył działalność w 2014 roku. W ostanim wpisie relacjonujesz Konwent Polskich Winiarzy w Sandomierzu – jak oceniasz zmiany w polskim winiarstwie i ich tempo z perspektywy ostatnich pięciu lat?

 

Blog umarł – wiem, że o to nie pytasz, ale czasem ktoś spyta, więc skorzystam z okazji i odpowiem – bo po czterech latach i jakichś stu wpisach wyczerpała się moim zdaniem jego formuła. Wolę chyba zresztą jako dziennikarski dinożrał pisanie do papieru i za wierszówkę – i dzięki kiedyś „Magazynowi Wino”, a teraz „Fermentowi” mam taką możliwość. Co do zmian w polskim winiarstwie, to mamy do czynienia z wykładniczym wzrostem na wszelkich parametrach: ilościowych i jakościowych. Polskiego wina się szuka i się je pije – i to robią normalsi, casualowcy, a nie, jak wtedy, tak naprawdę gromadka fanatyków. Paradoksalnie pozytywny pod tym względem wpływ zmian klimatycznych może oznaczać, że przez te kilkadziesiąt lat, które dzielą ludzkość od wymarcia, nacieszymy się przynajmniej coraz lepszymi i lepszymi polskimi flaszkami, pewnie pod koniec narzekając na zbyt wysoki alkohol w czerwieni, i to pomimo zbiorów w połowie lipca.

 

Czy zespół Drożdże, którego miałeś być częścią to legenda miejska, czy rzeczywiście istniał? Opowiedz o tym więcej.

 

Zespół Drożdże oczywiście istniał, i to dobre dwie godziny. Po rzeczonym Konwencie Polskich Winiarzy w Sandomierzu, w piwnicach restauracji Pod Ciżemką odbywał się wesoły afterek. W sąsiedniej sali tymczasem muzykowała – z nieodłączną gitarą oraz tamburynem – grupa miłośników tzw. poezji śpiewanej oraz szeroko pojętej piosenki biwakowej. Trochę Majstra Biedy, trochę Kaczmarskiego, trochę cudnych manowców, wiadomo, o co chodzi. Ich żarliwy wspólny śpiew podziałał niesamowicie na nasze podlane polskim winem dusze, uruchamiając w nas nowe, nieodkryte wcześniej pokłady wrażliwości – ukonstytuowaliśmy więc ad hoc zespół Drożdże i wykonaliśmy ku ogólnemu aplauzowi improwizowany utwór „A ja piję herbatę i płaczę”. Nasza Czwórka z Sandomierza: Maciej Nowicki, Maciej Korzeniowski, Kuba Lorek i ja, popadłaby niechybnie w zapomnienie, występ uwiecznił jednak szef Darek Wójcik i dzięki temu bootlegowemu nagraniu legenda Drożdży trwa.

 
Kuba Janicki (foto © Optyk Brożek)

Wpadam na pół dnia do Krakowa – Twojego miasta. Gdzie wysłałbyś spragnionego wędrowca? Do których lokali wracasz najczęściej?

 

Uwaga, teraz dostaniesz ekskluziwa! 🙂 Mam prostą propozycję: zaczekaj do września, najpóźniej października. Wtedy będę mógł Cię zaprosić do nas – do Magdy, mnie i naszych wspólników, Asi i Tomka. Ze wsparciem tej cud ekipy spełniam jedno ze swoich marzeń: otwieramy mały bar z winem naturalnym. Od lat jeżdżę po takich miejscach i strasznie chciałem, żeby jedno znalazło się w Krakowie. Za dużo zdradzić nie chcę i nie mogę, powiem tylko, że będą przede wszystkim Francja i Włochy. Takie totalnie po bandzie, zero przypodobywania się, zero kompromisów – i tylko butelki których nie ma nikt inny. To ważne, bo Kraków wyrasta na polską stolicę win naturalnych: tutaj Bogdan Fałowski organizuje cudowną targowo-towarzyską imprezę Confetti Fest, tutaj od lat działa nieoceniony Joseph Di Blasi, tutaj na Lipową dobre flaszki i dobrych ludzi sprowadza Paweł Woźniak, a Tomek Wagner i Szymon Rzeźniczek otworzyli bar Lustra – czekam na rozwój ich karty! Tutaj wreszcie Maciek Murzyniec konsekwentnie kontynuuje i rozwija nasze wspólne dzieło, czyli naturalną kartę w Karakterze, moim nieskromnym (choć już od dwóch lat to tylko Maćka zasługa) zdaniem – najciekawszą w kraju. To jest też oczywiście lista moich poleceń.

 
#codziszjejanicki
 

Zostańmy w Krakowie. Zbliżają się 17 targi ENOEXPO (20-22 listopada 2019), których tematem przewodnim mają być endemiczne szczepy winorośli z całego świata. Jako piewca lokalności, jakie odmiany wystawiłbyś w pierwszym składzie do reprezentowania Polski?

 

Odpowiedź jest prosta: Jutrzenkę, bo Jutrzenka to jedyna odmiana wyhodowana w Polsce (przez Romana Myśliwca, jakże by inaczej) spośród wszystkich, które się wśród polskich winiarzy przyjęły. Klimat ostatnich lat zdaje się bardziej sprzyjać adwokatom nasadzania w Polsce raczej vinifer, z których najprzychylniejszym okiem patrzę na rieslinga, gewurztraminera i zweigelta, ale osobiście, od czasu wizyty w eksperymentalnej, należącej do Marka Jarosza z Polskiego Instytutu Winorośli i Wina winnicy Zadronka (która nazwę oraz niezwykły terroir zawdzięcza lokalizacji na tyłach Biedronki w Gdowie, na wprost wylotów z klimatyzacji), mam gigantyczną słabość do folkowych mrozoodpornych odmian w rodzaju Praire Star czy Swenson Red. Budzą we mnie przyjemne skojarzenia z nieskończonymi równinami amerykańskiego Midwestu i nic na to nie poradzę.

   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *