Możemy dyskutować, czy pełniej i prawdziwiej żyje się w mieście, czy na wsi; wątpliwości jednak nie mam, iż będąc bliżej natury, doświadczanie cykliczności procesów związanych z istnieniem wraz z jego marnością/wartością jest bardziej namacalne.

 

Życie w małej społeczności z dala od miasta ma tyleż samo wad, co zalet. Za cenę utrudnienia dostępu do wielu świadczeń i dóbr kultury, dostajesz czyste powietrze, bezkresne szlaki spacerowe, możliwość wychylenia butelki wina pod chmurką, bez oglądania się za ramię. Rezygnując z komfortu bycia anonimowym, zyskujesz luksus bycia konkretną postacią wiejskich legend. Legend nadających tożsamość wspólnocie.

 

Dobre stosunki z sąsiadami to podstawa. Small talk przez płot, użyczanie przysłowiowej szklanki cukru, czy pomocnej dłoni, a raz na jakiś czas i sąsiedzkie odwiedziny. Wpadłem z ową do chaty obok. Wpadłem z piwkiem – wypiliśmy. Sąsiad napędził gąsior wina – też chlapnęliśmy.

 

Trzy dni później zajechał do mnie na podwórko inny znajomy i pyta, czy Tego zza płota nie widziałem ostatnio? Ja na to, że w zeszłą sobotę byłem u niego, wybierał się do miasta ze sprawą. Znajomy mówi, że od trzech dni nie ma z nim kontaktu. Dom zakluczony, telefonu nie odbiera… Mieszkając na wsi trzeba się liczyć z tym, iż nie da się zniknąć bez śladu.

 

Na dachu siedziało u mnie trzech majstrów – sąsiadów – pomagają w remontach przed zimą. Ich trzech, ja, plus ten sąsiad, który przyszedł z wieściami. Do tego dwóch sąsiadów doszło po drodze – w sumie siedmiu chłopa, uzbrojonych w łomy i wkrętarki, na wypadek potrzeby dostania się do zamkniętego domu – ruszyliśmy za płot, szukać zaginionego.

 

Brama wjazdowa otwarta, dom zakluczony. Tutaj nikt nie zabiera ze sobą klucza wychodząc z domu, kładzie go w jakiejś skrytce na podwórku. I każdy te skrytki zna, tak na wszelki wypadek (taki jak ten). Ale klucza na belce pod altaną nie było – więc musi być zakluczony od środka. Patrzę, małe okienko tuż przy drzwiach jest uchylone, więc je pchnąłem. Żeby zajrzeć do środka, musiałem jeszcze przesunąć ciężką firanę chroniąca okno od wewnątrz. Wkładam dłoń, a tam… bosa stopa!

 

Chłopy powiedzieli mi później, że zbladłem jak brzoza. Leży mówię. Zimny? pytają. Chyba zimy mówię. Sprawdzam ostrożnie. Uchylam jeszcze raz powoli zasłonę, widzę nogę, dalej ciemno, a na końcu coś się lekko świeci… COOO?! – pyta zachrypnięty głos z czeluści. Teraz widzę wyraźnie – oczy i nos wystające spod kołdry po drugiej stronie. Żyje! Na podwórku śmiech. Żyje!

 
 

A myśmy Cię już do grobu położyli… Będziesz żył z sto lat! Zgramolił się z łóżka, wyszedł na ganek. Zapalił papierosa i zaprosił wszystkich na lampkę wina. Tego samego, które piliśmy, kiedy byłem u niego z sąsiedzką wizytą (od tamtego czasu sporo ubyło z gąsiora..). Wina, które położyło go do łóżka na trzy dni i w tym łóżku utrzymywało go przy życiu. Młode wino, z własnych winogron, prawie nie dosładzane, w brązowej szklance z duraleksu wyglądało jak owocowy kisielek. W gardle mi zaschło od tej całej sytuacji, wychyliłem szklankę duszkiem.

 

 

Dziś trzeci czwartek listopada, więc czas, kiedy zgodnie z tradycją we Francji otwiera się pierwsze butelki z dopiero co zabutelkowanym młodziutkim winem beaujolais nouveau. Czas tańca, śpiewu i cieszenia życiem. Pijcie więc i radujcie, bo to czy jutro się obudzicie nie jest wcale takie pewne… Na zdrowie!

 

2 Komentarze/y

  1. Mariusz pisze:

    Wychowałem się w takiej małej miejscowości, w której ukończyłem podstawówkę, potem – bardziej już anonimowo – w znacznie liczniejszym mieście kończyłem liceum. Na studia zjechałem do stolicy, w której wszyscy są anonimowi, nawet sąsiedzi z klatki. W mieście pełnym cywilizacyjnych i kulturalnych udogodnień udało mi się zupełnie zdziczeć 🙂 Dziś utwierdzam się w przekonaniu, że tylko na wsi można się prawdziwie socjalizować 🙂 Czekam na kolejne okruchy wiejskiego życia skropione odrobiną wina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *