U nas na wsi ludzie mówią, że ostatni raz taka zima to bodajże w latach osiemdziesiątych była. Ja tego nie pamiętam, bo kajtkiem wtedy byłem, każda zima podobna była do poprzedniej. Ale o zimie w dwudziestym pierwszym, będę mógł opowiadać historie wnukom.

 

Ale jak chcecie to już teraz mogę Wam opowiedzieć dwie krótkie anegdoty. Anegdoty zabarwione winem. Jedna o tęgim mrozie, druga o tęgich śniegach. Obydwie o tęgim chlaniu. Ale najpierw może postaram się zmalować jakieś zimowe tło, żebyście mieli obraz tego, gdzie się dzieje akcja, bo z tego co się orientuję, nie wszędzie zima wygląda tak jak u nas. Na Wschodzie.

 

Od dwóch miesięcy temperatura w nocy często spada ponad dwadzieścia stopni poniżej zera. W dzień jest średnio kilkanaście na minusie. Śniegu jest tyle, że osobówki stały się bezużyteczne. Czekają na wiosnę w garażach lub zasypane po dach śniegiem. Sam od miesiąca nie wożę dziecka do przedszkola, bo albo właśnie nie ma jak, albo zajmuje mi to pół dnia. Raz w tygodniu umawiam się z sąsiadem na zakupy w mieście, bo ma suva z napędem na cztery koła, a i tak duże auto momentami ma problemy na trasie.

 

Wraz z mrozami niebo pojaśniało i nasączyło się polarnym różem. Ostre światło słońca rzuca na śniegu ultramarynowe cienie. Białe pola jak białe płótno, na którym widać każdy ruch pędzla. Widać szlaki, którymi podąża dzika zwierzyna, widać ścieżki ludzkich spraw. Przez cały dzień białe nitki dymu z kominów zszywają nierównym ściegiem linię horyzontu.

 

 

Zimowe wieczory na wsi są długie i ciemne. Trzeba je sobie jakoś rozświetlać. Wybrał się więc sąsiad do sąsiada z butelką wina. Wypili przyniesiony flakonik, wypili też drugi, postawiony przez gospodarza. Przybili piątkę i sąsiad poszedł do siebie. Rano znaleźli go pod płotem i zawieźli sinego do szpitala. Przewrócił się na lodzie pod płotem i zasnął. Opowiadał potem, że we śnie mieszał mąkę na chleb. Tak długo mieszał ten biały puch, że obie dłonie poodmrażał. Trzeba było amputować wszystkie palce. Teraz zamiast dłoni ma bułki.

 

 

Druga historia zaczyna się podobnie. Wybrał się sąsiad do sąsiada z butelką. Tym razem szedł przez pole, bo tak krócej, niż drogą. Zaszedł. Usiedli. Wypili. Pożegnał się i ruszył do domu. Ale nie dotarł. Zaniepokojona żona poszła tropić męża. Znalazła go na środku pola – tam gdzie urywały się ślady – spał smacznie przykryty szczelnie białą pierzyną. Odkopała go gołymi rękami, zaniosła do domu (była dwa razy od niego większa) i napoiła gorącym rosołem. Rano nic nie pamiętał. Żona chciała pokazać niedowiarkowi miejsce na polu gdzie zaniemógł, ale śnieg zdążył przez noc zmazać wszelkie dowody.

 

 

Na przestrzeni ostatniego weekendu z minus osiemnastu za oknem (odczyt z piątku rano) zrobiło się plus osiem (niedziela w południe). Śniegu wprawdzie jest jeszcze sporo, niemniej czuć już w powietrzu wiosnę. Z rozgrzewających czerwieni, czas będzie przerzucić się na schłodzone biele. Z historii mrożących krew w żyłach, na fabuły o lżejszym kalibrze. Cieszę się na nadchodzącą wiosnę, ale o zimie w dwudziestym pierwszym, będę mógł opowiadać historie wnukom…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *