Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nie da się spróbować wszystkich win świata. Niemniej skoro można rozmawiać o książkach, których się nie czytało, to pewnie da się interesująco prawić o winie, którego się nie miało w ustach…

 

Degustacja wina jest czynnością kreatywną. To MY tworzymy wino… Smaki i aromaty są jedynie częścią danych które rekonstruuje piękny umysł podczas degustacji. Liczą się jeszcze: posiadana wiedza, wyznawane matryce, preferencje, zasłyszane historie, sytuacja, w której znajdujemy się próbując wina, etc. Wszyscy pijemy to samo wino, ale każdy z nas wypluwa coś innego.

 

Pierre Boyard, autor wspomnianej we wstępie książki (Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?) twierdzi, że dużo ważniejsza od znajomości samej treści książki (wina), jest umiejętność umieszczania dzieła w kontekście, w relacji do innych, znajomość powiązań i zależności. Innymi słowy, posiadając kiść informacji, zachowując wystarczającą ogólność, można swobodnie fantazjować o winach, których nigdy się nie piło.

 

Umiejętność mówienia w sposób inteligentny o rzeczach, których nie znamy, przydaje się nie tylko w świecie książek. Cały świat kultury otwiera się przed tymi, którzy potrafią (…) zerwać więzy łączące wypowiedź z jej przedmiotem i zacząć mówić o sobie.

.
 

Ba, autor twierdzi nawet, że czytanie (picie) jest zbędne, a nawet szkodliwe. Nie jest wcale przyjemnością, a wewnętrzną torturą, błąkaniem się pomiędzy słowami (aromatami), próbą zrozumienia autora (co, z założenia jest niemożliwe). Boyard na te bolączki zaleca nie-czytanie (nie-picie). Proszę nie mylić z nie czytaniem, które jest niesięganiem po książki (wino) w ogóle. Nie-czytanie (nie-picie) to sztuka. Sztuka usytuowania dzieła na wielkiej mapie związków i korelacji. Umiejętność znalezienia utworu w globalnej bibliotece (piwniczce) bez konieczności jego konsumowania.

 

Boyard postuluje pozostawianie książki (wina) dziełem otwartym. Dziełem, które jak zamanifestowałem na początku – tworzy odbiorca. Wino otwarte, kontra otworzenie się na wino. Bo czy nie ma autor racji twierdząc, że w rozmowach o książkach (winie), często nie chodzi o uchwycenie istoty dzieła, a o przedstawienie własnych upodobań, lub dyskusję samą w sobie?

 
Bo fantazja jest od tego, aby bawić się na całego…
 

Na koniec mały eksperyment: spróbuję zrobić notatkę degustacyjną jakiegoś klasyka, a Wy spróbujcie odgadnąć, czy miałem to wino w ustach, czy nie… Weźmy pierwszego z brzegu, o! takiego Pertusa – najbardziej znane wino Pomerol (ok. 10000 zł za butelkę).

 

Otóż, Pertus ulokowany jest na prawo od Garonny – rzeki przecinającej Bordeaux – czyli po stronie, którą obrasta w znacznej części Merlot. Merlot lubujący się w wapiennych glebach, świetnie odnajduje się również w żwirowo-gliniastych glebach Pomerolu, a zwłaszcza na terenie Petrusa, którego podłoże jest bogate w żelazo. Pertus jako jeden pierwszych producentów wina w Bordeaux praktykował tzw. zielone zbiory celem utrzymania najwyższej jakości gron. Dodając do tego krzewy, które mają ok. 50 lat możemy spodziewać się wina o dużej koncentacji.

 

A jak to wygląda w kieliszku? Wino jest gęste i nieprzeźroczyście ciemne. Zakręcone w kieliszku, wprawia szkło w wibracje dające się niemal słyszeć. Już pierwszy nos sprawia, że chce mi się płakać. Odżywają urywki wspomnień: nuty śliwek, które w dzieciństwie kradłem z kuzynem z drzewa od sąsiadki zza płota; jeżyn, które zbieraliśmy podczas długich wędrówek bez celu; zaraz potem karmelowe cukierki, którymi częstował nas dziadek; kawa gotowana na ogniu i zapach lasu po deszczu… Na języku natomiast dokonuje się mała implozja – skupienie wina jest tęgie, jak ściśnięta masa w czarnej dziurze. Podniebienie, język i dusza zostają wessane do środka. Potężna tanina zatrzymuje na chwilę czas…

 

Kiedy dochodzę do siebie, okazuje się, że przesiedziałem z pierwszymi kroplami w ustach kilka godzin. Słońce powoli zaczęło zachodzić, lecz to nie ma znaczenia, bo mam w kieliszku jeszcze jeden łyk. Jeszcze jeden bilet poza czas i przestrzeń.

 

Dajcie znak jakie są Wasze doświadczenia z Pertusem – bez względu na to, czy rzeczywiście go degustowaliście, czy nie. Na zdrowie!

 

PS. Książki Boyard’a, którą wspominam w tekście oczywiście nie czytałem… 🙂

 

2 Komentarze/y

  1. Nowy Stary Świat pisze:

    Cała prawda o winie. Niekoniecznie Pertusie.

    Szacunek 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *