To był piątek. Piękny, słoneczny poranek nie zapowiadał katastrofy, która miała nadejść po południu. Katastrofy, z którą walczyłem aż do poniedziałku…

 

W piątek po południu strzeliłem korkiem od szampana świętując nadejście weekendu. Ale weekend dla mnie miał zupełnie inne plany. Dom strzelił korkiem, zgasło światło, muzyka ucichła. Po przywróceniu obiegu prądu w domowych kablach spostrzegliśmy się, że nie ma wody… W tym momencie wypada nadmienić, że od kilku lat mieszkam na wsi, gdzie próbuję sobie organizować możliwie samowystarczalny dom. W wodę zaopatruje mnie pompa z przydomowej studni. Przepięcie rozstroiło pompę – pomyślałem – nie daj Zeusie, żeby ją spaliło.

 

Odkorkowałem właz studni i włażę do niej jak przez szyjkę do butelki. W studni przyjemnie jest, chłodno. Odgłosy z zewnątrz docierają zniekształcone. Gdzieś w głębi, pod nogami płynie sobie sok ziemi. Na chwilę zanurzyłem się w tej metaforze butelki, po czym zabrałem się do diagnozowania usterki.

 

Obudowa na włączniku ciśnieniowym była spieczona, więc to pewnie to – pomyślałem – w każdym razie lepsze to niż spieczona pompa. Ale… to był piątek, godziny mocno przedwieczorne. Sklepy już pozamykane… Niesiony fantazją po kilku kieliszkach bąbelków stwierdziłem, że jakoś damy radę bez wody do poniedziałku, a wtedy z samego rana pojadę do miasta, wymienię włącznik i zanim się dom obudzi woda będzie tryskać z kranów.

 

Brak działającej pompy, to brak wody do picia, mycia, spuszczania w muszli, prania, etc. Co przy dwójce dzieci lubujących się we wszystkim co brudzące, sypiące, itd. może znacznie utrudnić przeżycie weekendu. Długo nie trzeba było czekać, zanim pierwszy wysmarował się kolacją. Do mycia posłużyła nam deszczówka, którą zbieram do podlewania ogrodów. A do picia – a jakże – wino!

 

Kawa na winie. Owsianka na winie. Zupa na winie. Makaron gotowany w winie. Do obiadu oczywiście wino. Na kolację winny budyń i wytrawna herbatka… Tak przeleciała nam sobota. Tak przeleciała nam niedziela.

 

W poniedziałek na lekkim rauszu poprosiłem sąsiada, żeby podrzucił mnie do miasta, gdzie zaopatrzyłem się w nowy włącznik ciśnieniowy i niezbędne śrubunki, nyple i rurki. W normalnych warunkach wymiana zajęłaby pewnie nie więcej niż godzinkę, ale po dwóch dniach na winie, pociłem się ze dwie godziny. Ale zrobiłem. Włączam korki. Pompa zaburczała. Jest! – myślę. Ale w kranie wody jak nie było, tak nie ma… Włącznik rzeczywiście był spalony i jego wymiana ruszyła pompę, ale pompa nie robiła roboty. Nie pompowała.

 

Kropelki wody wyszły mi na czole na myśl o spalonej pompie. Nie było innej rady – trzeba ją wyciągać. Wyciągaliście kiedyś pompę głębinową ze studni? Na rauszu… Pompa waży ze 30 kg i zanurzona jest w ziemi na głębokości ok. 4-5 metrów. Wyciągnąłem ją resztką sił. I na oparach, znów z pomocą sąsiada, pojechałem ze sprzętem do serwisu. Tam usłyszałem, że ją naprawią. Za 2 tygodnie…

 

Słońce było już w zenicie, wypalając ze mnie resztki entuzjazmu. Zostawiłem pompę w serwisie i pojechałem do sklepu po nową – identyczną. Nie dam przecież rady pociągnąć bez wody (na winie) kolejnych dwóch tygodni. Wróciłem z nową pompą. Kiedy skończyłem ją z sąsiadem montować słońce chowało się za linią lasu. Woda poleciała z kranu. Ja poleciałem do wanny i leżałem w niej dość długo.

 

Rano, kiedy opowiadałem tą historię kumplowi, powiedział, że na trzeźwo ogarnianie takiej awarii, byłoby po prostu ogarnianiem awarii. Ale na rauszu można to rozpatrywać w kategoriach ratowania świata. I niech to zdanie posłuży za puentę. Wasze zdrowie!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *