Między wsią, w której mieszkam, a najbliższym miastem jest niewielkie wzniesienie zwane Szedyka Górą. Na próżno szukać jej na mapach, to nazwa lokalna. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego, ot pagórek przecięty drogą, po obu stronach drogi pola rolne, dalej las. Niemniej jest coś w tej Górze szczególnego.

 

Jak tylko zaczyna sypać śnieg, jest niemal pewne, że będą kłopoty. Kłopoty z przejazdem przez Górę. Specyficzny układ sprawia, że powietrze spadające z korony otaczających Górę lasów, ślizga się po polach i wiruje. Nadmuchuje wszystko co da radę unieść na drogę znajdująca się w lekkim zagłębieniu. Deszczowa woda, spadające liście, czy wreszcie śnieg – zmiatane jest wszystko okolicznych pól i kładzione grubą warstwą na felernym odcinku drogi.

 

To specyficzne terrior oddające charakter tylko tego małego fragmentu ziemi, ma stałe miejsce w lokalnych legendach. Kiedy warunki robią się trudne, od biedy da się zjechać w dół. Natomiast podjechać pod Górę potrafią tylko autochtoni. Trzeba wiedzieć gdzie delikatnie skręcić, gdzie zjechać jednym kołem na pobocze, gdzie zwolnić, a gdzie gaz docisnąć. Auta z napędem na tył nie podjadą, choćby były wypasionymi beemkami, wszystkie kończą na poboczu.

 

Suwalszczyzna, na której osiadłem trzy lata temu, uznawana jest za polski biegun zimna. Nie bez powodu, bo zimy są tu dłuższe i mroźniejsze, niż w reszcie kraju. W zimowym Fermencie Sławek Sochaj pisząc o cool climate wines zestawił nawet Suwalszczyznę obok Syberii sugerując, że nie sposób w takich warunkach hodować winorośli. Temat już sobie wyjaśniliśmy. Mediatorem był Rober Mazurek, który udowodnił zdjęciami, że winnice tu są, a ja – jak tylko na wiosnę drogi będą znów przejezdne – zdeklarowałem pojechać tam ze swoim kieliszkiem i przekonać się jak to jest z tymi suwalskimi cool wines.

 
 

Wracając do Góry. Ujarzmiać górotwór uczyłem się trzy sezony. Nie raz i nie dwa wciągał mnie sąsiad traktorem. Ale raz poniosła mnie fantazja i skończyłem w rowie. Natura pokazała mi, kto tu rządzi.

 

Mieszkając na końcu świata, zimą musisz pamiętać o kilku rzeczach, żeby mieć je ze sobą zawsze w bagażniku. Po pierwsze łopata do odśnieżania. Po drugie kawał mocnej liny holowniczej. I po trzecie flaszka czegoś rozgrzewającego, na wypadek, gdyby trzeba było przetrwać jakiś czas w zaspie.

 

No więc siedzę w tym rowie i myślę, co zrobić. Auto leży na boku, sam nie dam rady wyjechać. Ciemno już było i zimno, nikt nie nadjeżdżał, a zasięgu tu, żeby do kogoś zadzwonić nieciewo… Wylazłem więc z auta, sięgnąłem po flaszkę wzmacnianego wina i ruszyłem przez las do wsi, ściągnąć pomoc.

 

Szedłem 2 godziny. Kiedy dotarłem do pierwszej chaty, w której się paliło światło, flaszka była pełna już do połowy. Zanim zdążyłem gospodarzowi opowiedzieć co się przydarzyło, wypiliśmy pozostałą połowę butelki. Uzgodniliśmy, że po auto wrócimy rano, zaproponowano mi nocleg, a gospodyni postawiła przede mną talerz gorącej zupy.

 

Pomimo pozornie niesprzyjających warunków, te ziemie wydają piękny plon w postaci takich właśnie pięknych ludzi. Ludzi o otwartych sercach, gotowych do pomocy, ludzi odważnych na tyle, by próbować tu robić wino. Oby do wiosny!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.